(Te opowiadanie jest kontynuacją
opowiadania Eileen)
Słońce powoli wschodziło nad Doliną, zalewając krajobraz swym ciepłym światłem, płynnym złotem. Ciemnowłosa dziewczyna wsunęła się głębiej w posłanie, chcąc za wszelką cenę uniknąć spotkania wzroku z ostrymi promieniami. Gdy jeden z nich delikatnie połaskotał ją po nosie, prychnęła z frustracją i ziewnęła. Rzuciła pobieżnie okiem na derki porozrzucane dookoła, przeciągnęła się i ponownie upadła na skóry, oddając się błogiemu snu.
Usłyszała miękkie kroki zbliżające się powoli do jej posłania, lecz była już zbyt leniwa, by ponownie się podnieść, powiedziała sobie w myślach: "To pewnie pies. Albo jeleń czy inna mysz, albo chuj wie co. Nieważne, niech sobie chodzi, ale lepiej nie próbuje mnie obudzić".
Gdy lodowata woda spłynęła jej po twarzy i ciele, przyklejając ubrania do ciała, poczuła, jak wraca do niej świadomość. Krzyknęła zaskoczona, poderwała się na równe nogi i rzuciła całkiem bogatą wiązanką przekleństw. Na jej poliki wypełzły buraczane plamy rumieńców. Ciężko było stwierdzić, czy były one wywołane wstydem, czy wściekłością. W jej oczach zapłonęły czerwone płomienie i zaczęły wypalać mentalną dziurę w duszy sprawcy. Okazała się nim błękitnooka blondynka, znana w bandzie jako Włócznia.
- Blizna, Matka polecił mi przekazać, że na ciebie czeka - rzuciła znudzonym głosem kobieta. Miała cały czas ten niezmienny, spokojny wyraz twarzy. Szkarłatnooka zaczerwieniła się jeszcze mocniej na dźwięk swojego przezwiska. Tutaj, w bandzie, każdy otrzymywał ksywkę, przywódca miał do nich sentyment. Nie zawsze zadowalały one członków drużyny, a większość z nich była obiektem nieudanych żartów. Ale tak już było.
- Czego znowu chce? Mam lepsze rzeczy do roboty niż niańczenie dzieciaków, które wyglądają jakby wyciągnął je prosto z pola ziemniaków. Drugim razem nie dam się tak nabrać. Poza tym, mówiłam, żebyście przestali mnie tak nazywać. I po co to pieprzone wiadro? Czemu sam tu nie przyjdzie? Głupi, stary śmieć...
- Kazał też powiedzieć, że czeka od dwóch godzin - odrzekła blondynka z przekąsem, unosząc brwi w wyrazie poirytowania. Ciemnowłosa przerwała i spojrzała na nią zszokowana. Odwróciła się na pięcie, sięgnęła po swój płaszcz i szybkim krokiem ruszyła w stronę centrum obozowiska.
Przywódcę zastała przy ognisku, obgryzającego dzicze udo. Przeżuwając, spojrzał na nią przelotnie, uśmiechnął się i poklepał miejsce obok siebie, dając jej znać, by usiadła przy nim.
- Cze, szefie! - bąknęła na powitanie, kucając obok potężnego, brodatego mężczyzny.- Jak zdrówko?
- Ach, Blizno, jak zwykle w czasie, pewnie dowiedziałaś się już, czego od ciebie chcę? - odpowiedział jej, rzucając obgryzioną do czysta kość w płomienie. Zawsze uwielbiał utrzymywać swoich ludzi w niepewności. Wiedział, że ona nic nie wiedziała. Mimo to musiał ją dręczyć.
- Nie przypominam sobie... - odpowiedziała poirytowana kiepskim humorem starca... A raczej jego brakiem - Od razu mówię, że nie będę...
- Wiesz pewnie, że Szept ostatnio się nam rozchorował, prawda? Ktoś musi przejąć jego wartę na wschodnim szlaku i pomyślałem sobie, że dobrze zrobię, wybierając ciebie. Mówiłem ci już kiedyś o wschodnim trakcie?
- Tiaa...- rzekła dziewczyna, niezbyt pewna pomysłu wodza - Aaa... muszę? Czemu nie mogę raz mieć wyboru? Nigdy nie mogę zdecydować o tym czy chcę coś robić, czy nie - Naburmuszyła się, nadymając policzki niczym pięciolatka.
- Nikt go tutaj nie ma, a my sami w większości nie zdecydowaliśmy się na takie życie, pamiętaj. A teraz idź już. Przydzieliłem ci małą grupkę, czekają na tyłach.
- Tak jest! - Zasalutowała energicznie i odeszła jak najdalej od wzroku mężczyzny.
~*~
Minęły trzy godziny odkąd dostali się na miejsce. Terrwyn siedziała na gałęzi drzewa, popijając z butelki stare piwo.
- Tak, tak, stary kutasie, "wschodni szlak jest szczególnie niebezpieczny, poruszają się tamtędy tylko najbardziej zdesperowani kupcy, a najbardziej zdesperowani zazwyczaj przewożą najcenniejszy towar"- zacytowała piskliwym, prześmiewczym głosem- Pieprzenie, gówno prawda. Tędy nikt nie przejeżdża. Tu
nic nie ma! W chuja mnie zrobiłeś, i tyle. Pierdolę to, jeszcze muszę pić te szczyny... - Pociągnęła jeszcze jeden łyk paskudnego w smaku trunku, beknęła przeciągle i rozbiła szklane naczynie, rzucając nim o najbliższe drzewo. Już miała zamknąć oczy i odpłynąć w sen, gdy usłyszała krzyk.
- Ej, Bliznowata! - Rozpoznała głos Kosy, młodego, czarnowłosego chłopaka, który został przydzielony do jej grupy - Nie śpij, stary barbarzyńco, ruszaj swoje dupsko na dół!
- Jeb się. Nie ruszę się stąd, pomarszczony fiucie - odrzekła nieprzyjemnym tonem, nawet na niego nie spoglądając. Młodzieniec już miał otworzyć usta, by odgryźć się, gdy usłyszała nieznany jej dotąd głos. Zeskoczyła z gałęzi, podbiegła do miejsca, w którym leżał jeden z jej mieczy. Chwyciła go w jedną dłoń i uradowana pobiegła w celu odnalezienia centrum dziwnego dźwięku i zamieszania.
"W końcu się udało! Tak! Do chuja, ktoś się złapał i to jeszcze obcokrajowiec!" - Pomyślała sobie, po czym na jej twarzy zagościł obrzydliwie zły uśmiech. Wyskoczyła zza krzaków po to, by zobaczyć członków drużyny otaczających lekko przerażoną i nieświadomą tego gdzie właściwie się znajduje istotkę. Wyglądała jak śliczna niewiasta, poza szczegółem, że jej tułów był zwierzęcy, najprawdopodobniej jeleni, a spomiędzy jej bujnych, złotych włosów wyrastało poroże. Jednak to nie ujmowało jej urody w żadnym wypadku. Klatka piersiowa dziewczyny była naga, a jej sutki przysłonięte były przez skręcone, niesforne kosmyki. Istota rzekła coś w swoim dziwnym języku. Na początku czerwonooka przypatrywała się jej z zaciekawieniem, lecz zadowolenie spełzło z jej twarzy gdy zdała sobie sprawę, że kobieta-jeleń nic przy sobie nie ma. Zaklęła w myślach ze zrezygnowaną miną. Rozległy się komentarze.
- Co ona pieprzy? Co z nią nie tak?
- Co to w ogóle jest?
- Nieważne... Wygląda jak kobieta, na pewno jakoś da się to wychędożyć! - strzelił pewny siebie Kosa.
- To zależy, czy nadal będziesz
miał czym to chędożyć - odpowiedziała mu z przekąsem Terrwyn. Myśl o gwałcie na niewinnej dziewczynie napawała ją obrzydzeniem.
- Jak się nazywasz? Dasz radę powiedzieć coś po... ludzku? Jesteś pewna, że nic cennego przy sobie nie masz?
- Och! Tyrosyżeczę umijem...- odrzekło niepewnie stworzenie, tym samym pokazując bardzo fatalną wymowę - Nyazywam siję Eileen. Pyryżeprasyżam, chyba zygubiłam siję. W sunmie to szałm narzwywać torchę skałdników. Hmm...- Zamyśliła się, po czym schyliła, by zerwać najbliższy kwiatek -Pyrosyżę! - Z radosnym uśmiechem na twarzy podała go ciemnowłosej. Ta uniosła brwi i z poirytowaniem popatrzyła na
faunicę.
- A na co mi ten chwast? Nie masz złota? Ych... Wiedziałam, że tak będzie, gówno mnie obchodzi co zrobicie, ja stąd idę. Do widzenia! Możecie pozdrowić ode mnie Matkę środkowym palcem. Co się patrzysz, koniowata? Wracaj do swojego domu, gdziekolwiek, a chuj tam! - Wypaliła sfrustrowana Terrwyn. Zebrała swoje rzeczy z ziemi i ruszyła w drogę powrotną, zostawiając wszystkich za sobą. "I chuj", pomyślała "Raz sobie pośpię w lesie, jak się uda to może coś mnie zajebie i nie będę musiała więcej oglądać ich paskudnych gęb".
(Eileen, chcesz dokończyć?)