Ta ogromna, płonąca kula znów wzeszła na niebo. Rzucane przez nią promienie rozlały się delikatnie po wszystkich widzialnych przedmiotach, roślinach i stworzeniach, wypełniając świat ciepłem i rozjaśniając każdy cień. Właśnie tak rozpoczął się kolejny poranek w Dolinie Naerne.
Młoda istota przypominająca centaura o tułowiu sarny... lub kozy powoli otworzyła oczy. Podparła się na rękach i podniosła swą ludzką część ciała ze stolika, na którym spała. Jej parzystokopytny tułów zareagował energicznie i już po chwili dziewczyna stała na równych nogach. Otrzepała racice z wszechobecnej słomy, potargała swoje i tak już zmierzwione włosy i rozejrzała się.
Tak jak przewidywała, w chatce od wczoraj nic a nic się nie zmieniło. To oznaczało, że panował tu okropny bałagan. Jedynym miejscem pozbawionym zbędnych szpargałów był stolik, bo podczas snu zrzuciła ona z niego wszystko, co można było zrzucić. Westchnęła i schyliła się, by podnieść z ziemi wszystkie liście naniesione w nocy przez wiatr. Starła też kurz z kilku drewnianych szafek, wrzuciła szczapy do ogniska i przestawiła nad nie rożen. Po kilku minutach tańcowania z miotłą chatka mogła być uznana za względne miejsce zamieszkania istoty rozumnej.
Dziewczyna wyszła ze swojego domu, dumna z dobrze wykonanej pracy. Wzięła głęboki oddech, smakując świeżego, wiosennego powietrza, które aż napawało chęcią życia. Zgarnęła długą dzidę opartą o frontową ścianę chaty i pobiegła nad swe ulubione miejsce relaksu - półokrągły zakręt Małej Rzeki, który zahaczał o zamieszkiwaną przez stworzenie polanę.
Wzdrygnęła się, gdy chłodny strumień zmoczył jej długie futro na kostkach. Nurt wkrótce przestał uciążliwie mrozić i kąpiel stała się przyjemna. Spojrzała pod nogi i dostrzegła mnóstwo przepływających obok ryb. Odwróciła dzidę ostrzem do dołu i zaczęła polować na te wodne istoty. Gdy skupiła się i przestała mącić wodę swoimi gwałtownymi ruchami, w końcu udało jej się nadziać rybę na kolec. Wyjęła ją z wody i delikatnie zsunęła na porastającą brzeg trawę.
Rozpaliła miniaturowe ognisko tuż przy rzece. Wokół zbiornika rosło mnóstwo ziół i warzyw, pozbierała więc przydatne składniki i popędziła do swojej chaty po jakiś garnek. Gdy wreszcie miała gotowe wszystkie potrzebne elementy, przyrządziła zupę warzywno-rybną własnego przepisu. Po spróbowaniu uznała, że nie jest to najwykwintniejszy posiłek, lecz z pewnością bardzo smaczny. Wypiła duszkiem danie, które miało posmak rzecznego dna.
Wbiegła w Korytarz Drzew, który przywitał ją szemraniem młodych liści i świergotem ptaków. Spod jej racic uciekł mały zając, kicając w popłochu w stronę zarośli. Dziewczyna śmiała się światu w twarz, rzucając wyzwanie kolejnemu samotnemu dniu. Chciała za wszelką cenę udowodnić życiu, że potrafi poradzić sobie sama. I pomimo, że z tygodnia na tydzień było to coraz trudniejsze, ona się nie poddawała i trwała dalej.
Leszy spacerował spokojnie gdzieś w południowej części lasu, a jego ciężkie kroki odbijały się donośnym echem wśród drzew. Dziewczyna uśmiechnęła się na widok tego potężnego, niebezpiecznego przyjaciela. Jaka szkoda, że nie potrafi mówić, pomyślała.
Tego dnia postanowiła zwiedzić wschodnie tereny lasu. Zdziwiła się, gdy uświadomiła sobie, że praktycznie nigdy tam nie była. Nie zastanawiając się dłużej, powędrowała zarośniętą przez mech ścieżką starszą od niej. Po drodze zebrała wiele kwiatów, które znała jedynie z opisów matki. Ucieszyła się, bo na pewno jej się przydadzą.
Nawet nie zauważyła, gdy weszła na teren jakiegoś obozowiska.
Szczupła kobieta w skórzanej zbroi zeskoczyła z drzewa wprost na grubą gałąź tuż przed oczami stworzenia. Twarze obydwu dziewcząt znajdowały się na równej wysokości, pomimo, że jedna z nich kucała, a druga stała w pełni wyprostowana. Przy pasie wojowniczki błyszczał naostrzony, stary topór wojenny o przetartej rękojeści.
- Nie znam cię - odezwała się, wlepiając w dziewczynę swoje zimne, błękitne oczy - Kim jesteś?
- 'Kha mavu favnette - powiedziała odruchowo po fauniemu, drżąc w duchu - 'Kha liuk mivve tearr sesh se. Bevv, nu kuerre e favnette.
Barczysty, wysoki mężczyzna w stalowej zbroi wyrósł znikąd.
- Co ona pieprzy? - zmarszczył brwi - Nie umie po ludzku, dzikuska.
Trzeci głos wdarł się w jej uszy jak bolesne ukłucie sztyletu.
- Nie mam pojęcia - szkarłatnooka dziewczyna w jej wieku uśmiechała się do niej, lecz nie był to przyjazny uśmiech - Jaka ciekawa istota...
<Terrwyn, odpisz mi :)>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz