(To opowiadanie jest kontynuacją opowiadania Terrwyn)
Nie za wiele z tego wszystkiego rozumiała.
Tajemnicza ciemnowłosa dziewczyna szła przez las bardzo szybkim krokiem, nerwowo rozrzucając suchą ściółkę na wszystkie strony. Widocznie puściły jej nerwy po wymianie zdań z tamtymi bandytami. Ciekawe, kim oni dla niej byli, pomyślała Eileen. Przyjaciółmi, rodziną? A może towarzyszami broni lub... niedoli? Nie wiedziała, choć z chęcią przyjęłaby tą informację. Pierwszy raz od dłuższego czasu widziała w okolicy jakąś rozumną istotę, jeśli nie liczyć leszego i tego zagubionego Słonecznego Elfa, który pod koniec lata szukał drogi do Xaerthesheft.
Parzystokopytna przyśpieszyła kroku, bo nie zostawać w tyle. Szkarłatnooka, którą przezywano chyba Blizną, wyraźnie starała się pozbyć jej towarzystwa. Pomimo wszystko, Eileen się nie poddawała. Ta dziewczyna była teraz sama. Nikt nie lubi być sam.
- Te, sarna, odwal się ode mnie, dobra? - Blizna zatrzymała się i odwróciła do fauna - Odeszłam z tego zbiorowiska oszołomów, więc nie mam ochoty włóczyć się z jakimś poronionym stworzeniem, które ma rogi na głowie...
Blondynka złożyła usta w smutną podkówkę, schyliła głowę i posłusznie odeszła.
No, udała, że odchodzi. Potruchtała na wybrzeże Małej Rzeki, gdzie zostawiła swoją dzidę. Wiedziała, że bliznowata wojowniczka i tak w końcu trafi na ten zbiornik. Przecinał on las dokładnie w połowie, a szkarłatnooka nie zmieniła kierunku podróży. Samica weszła więc w spokojną wodę i oparła się na drzewcu włóczni. Nie miała potrzeby polować na więcej ryb, bo była najedzona. Chłodny, orzeźwiający nurt wymijający jej ciało i chłodząc zmęczone mięśnie znacznie poprawiał jej humor. Przychodziła tu codziennie. Traktowała tę rzekę jak coś, co elfy zwykły nazywać sauną.
W końcu usłyszała jej miękkie, kocie kroki. Spokojnie przeniosła swoje spojrzenie na przybyszkę, której poliki poczerwieniały z gniewu. Bliznowata weszła dziarskim krokiem do wody, ale uskoczyła, gdy tylko chłodna ciecz przesiąkła jej przez buty.
- Śledziłaś mnie, młoda? - zmrużyła oczy - Mówiłam, że masz mnie zostawić.
- Favnette tu mieszka - dziewczyna starała się jak najdokładniej odtworzyć z pamięci słowa, które niegdyś przeczytała w podręczniku - Favnette chodzić może, gdzie chce.
- Nie obchodzi mnie, że jakaś sra-w-net tu mieszka. Masz zostawić mnie samą.
Blondynka odwróciła się tyłem do rozmówczyni i wpatrzyła w krzaki delikatnie falujące pod wpływem wiatru. Po chwili wyłonił się z nich lis, lecz szybko uciekł, gdy ciemnowłosa wojowniczka cisnęła w niego kamieniem. Eileen posmutniała jeszcze bardziej. Wyszła na brzeg i przyklęknęła, zaczęła mącić wodę zesztywniałymi z zimna palcami.
- Favnette nie zostawi cię samej - stworzenie przeniosło wzrok na dziewczynę, której zła mina nieco zrzedła - Favnette była sama bardzo długo. Nikt nie lubi być sam.
Bandytka z blizną chyba się poddała. Położyła się na ziemi i westchnęła bardzo głęboko. Po chwili roześmiała się, czym wystraszyła łanię. Eileen aż podskoczyła na dźwięk gardłowego chichotu.
- Tak, nikt nie lubi być sam - Blizna wpatrywała się w delikatne, błękitne obłoki sunące po niebie - Tylko jest taka drobna różnica, sarno. Ja całe życie byłam sama. Całe życie. Przez prawie dwie dekady nie znalazł się nikt, kto mógłby mi współczuć lub mnie pocieszyć, przez dziesięć lat nie miałam do kogo gęby otworzyć. I wiesz co? Sram na twoje propozycje. Umiem poradzić sobie sama, nie potrzebuję niczyjej pomocy. Lepiej niech już tak zostanie.
Blondynka nie miała ochoty wdawać się w dyskusje z upartym człowiekiem. Podniosła się i zrobiła kilka kroków w stronę Korytarza Drzew. W ostatnim momencie odwróciła się jeszcze do dziewczyny.
- Favnette będzie na polanie. Zawsze możesz do favnette przyjść.
Oddaliła się, nie odwracając już więcej wzroku od celu, jakim był dom.
(Terrwyn?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz